Irvin D. Yalom, znany amerykański terapeuta, w książce pt. Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci wspomina, że gdy zwierzał się swoim przyjaciołom, że pisze książkę o śmierci szybko zmieniali temat.  Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w przypadku poprzednich prac chcieli uzyskać jak najwięcej informacji. Czego tak naprawdę się lękamy? Procesu odchodzenia? Skończoności? Poczucia niespełnienia? Osamotnienia? Bólu? Porozmawiajmy o śmierci. Nie zmieniajmy tematu, choć przez chwilę.

            Podczas naszego życia próbujemy odsunąć śmierć na margines codzienności. Żyjemy coraz szybciej: pędzimy, pracujemy, kupujemy, planujemy, realizujemy. Kiedy chomik naszego dziecka kończy swój żywot, kupujemy po kryjomu nowego, bo przecież „on jest jeszcze za mały”, „nie zrozumie”. Kiedy usłyszymy o nieuleczalnej chorobie naszej koleżanki współczujemy, w głębi dodając z ulgą „na szczęście to nie ja, mnie to przecież nie może spotkać” i znowu pędzimy, pracujemy, kupujemy, planujemy, realizujemy. W efekcie tego lęk nie maleje, a urasta, o czym przekonujemy się w obliczu ciężkiej choroby, śmierci bliskich osób, a co najważniejsze... perspektywy własnej śmierci, kiedy stajemy z nią twarzą w twarz.

            Lęk przed śmiercią jest nazywany lękiem pierwotnym, instynktownym. Przypomina o naszej skończoności, o kruchości życia. Zaskakujące, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu śmierć traktowano znacznie bardziej naturalnie, jako nieodłączny element życia. Kiedy ktoś umierał ludzie gromadzili się przy jego ciele, otaczali szacunkiem i miłością, z dbałością myjąc je, przygotowując do pochówku. W rytualnych obrzędach brali udział dorośli, dzieci. Wiele pożegnań odbywało się w domach, więc przychodzili również sąsiedzi, by złożyć ostatni hołd zmarłemu. W wyniku głębokich przemian cywilizacji, kultury, techniki śmierć zdaje się być wypierana ze świadomości ludzi, spychana do sal szpitalnych, hospicyjnych. Jakby była czymś brudnym, nieczystym, niewłaściwym, a na pewno niewygodnym....Jak pisze Marie de Hennezel, psycholog, autorka książki Śmierć z bliska - „żyjemy w świecie, który ukrywa swych umierających”. Czy jest zatem możliwe oswoić lęk przed śmiercią? Jeśli tak, to w jaki sposób?

            Na początek warto pozwolić sobie na tzw. próby generalne, czyli na doświadczanie całym sobą momentów, które przypominają nam o przemijaniu, począwszy od jubileuszy urodzin, pierwszych siwych włosów na skroniach, odejścia dzieci z domu, przejścia na emeryturę, spotkania ludzi z klasy i spoglądania na ich zmienione upływającym czasem twarze, śmierć ukochanego psa  po śmierć najbliższych nam osób. Ważne jednak by nie zamknąć oczu, w nadziei, że te chwile wówczas nas nie dotkną, a pozwolić sobie na dogłębne ich przeżycie, na refleksje. Ponadto sama myśl o śmierci pomaga się nam z nią oswoić - myśląc o czymś wielokrotnie następuje proces habituacji, czyli przyzwyczajenia. Pamiętając o śmierci, przypominamy sobie o skończoności życia fizycznego i biologicznego. Psychoterapeuta Benedykt Peczko przytacza podczas rozmowy z Renatą Arendt-Dziurdzikowską przypowieść, w której ktoś zapytał nauczyciela jak ma sobie poradzić z pracoholizmem, na co nauczyciel doradził, by wynajął sobie pokój z widokiem na cmentarz.   Średniowieczne memento mori (pamiętaj o śmierci) nie ma w tym kontekście odbierać radości życia, przysłaniać tego, co ziemskie, lecz kierować naszą uwagę na sprawy, z którymi wcześniej czy później będzie trzeba się skonfrontować.  Jak zapewnia Marie de Hennezel swojego bliskiego przyjaciela w obliczu choroby: „Wiesz, można myśleć o swojej śmierci. Od tego przecież zaraz się nie umiera”.

            I.D. Yalom uważa ponadto, że „patrzenie śmierci prosto w twarz, jeżeli mamy przewodnika, nie tylko wycisza przerażenie, ale powoduje, że życie staje się bardziej wyraziste, cenniejsze, bardziej żywe”.  Kto może zostać naszym „przewodnikiem” w tym temacie? Duchowny, terapeuta, członek rodziny, umierający bliski czy przyjaciel, z którymi tak po prostu, tak zwyczajnie będzie można porozmawiać o własnym lęku, przemijaniu, o kruchości życia...

            Carl Simonton, światowej sławy psychoonkolog, przekonywał, że dobrze jest przygotowywać się na śmierć, by pełniej żyć. Nie uzależniał tego od stanu zdrowia - każdy z nas umrze, więc czemu nie zacząć przygotowań już dziś? Akceptację śmierci uczynił jednym z kluczowych momentów proponowanej terapii. Pacjenci Carla Simontona uczestniczyli w czymś, co można nazwać treningiem umierania. Wprowadzani w stan relaksu i odprężenia wizualizowali (wyobrażali sobie) swoje życie na kilka lat, klika miesięcy i kilka dni przed śmiercią aż po sam moment odchodzenia. Czytelnikowi może wydać się to wstrząsającym, pełnym grozy doświadczeniem, ale nic bardziej mylnego! Pacjenci relacjonowali odzyskanie wewnętrznego spokoju, zmianę perspektywy patrzenia na czas, będący jeszcze przed nimi. Podobnie Stevene Levine udowadniał, że perspektywa śmierci może być uwalniającym od lęku doświadczeniem. Rezultaty  stworzonego przez niego  tzw. programu „ostatniego roku życia” przeszły najśmielsze oczekiwania! Osoby biorące udział w eksperymencie czyniły przegląd życia, przebaczały i wyrażały wdzięczność, pisały testament, epitafium, wiersze i listy dla tych, których mieliby zostawić, ćwiczyli uwalnianie się od cennych pamiątek i dóbr materialnych - podsumowując, żyli tak jakby mieli przed sobą ostatni rok życia.  Nie dziwi zatem fakt, iż dla wielu uczestników eksperymentu było to uzdrawiające doświadczenie, które zwróciło ich uwagę na to, co najważniejsze, oswoiło lęk przed śmiercią, zintensyfikowało odczuwanie smaku życia; już nie odkładali ważnych spraw, już nie godzili się na niesatysfakcjonującą pracę, czy toksyczne relacje -zaczęli żyć swoim życiem. Jak przekonuje Levine „przygotowanie do śmierci jest jednym z najbardziej uzdrawiających zadań życia”. My także każdego dnia możemy uczestniczyć w podobnym eksperymencie, zamknąć oczy, wsłuchać się w siebie i zadać sobie pytania: czy moje życie wygląda tak, jak bym chciał? Jaka jest jakość moich relacji z innymi? Czy jestem szczęśliwy? Czego mi brakuje? Co zawsze chciałem zrobić, a nigdy nie starczało mi na to czasu? Co nadaje sens mojemu życiu? Co przynosi mi radość? Widok czego wzrusza mnie do łez? Zadawanie tych pytań zdaje się być tym bardziej zasadne w obliczu poczucia niespełnienia, które często towarzyszy ludziom. Mówimy „czas ucieka mi przez palce”, „nie żyłam własnym życiem”, „poświęciłem się dla innych, a nigdy nie myślałem o sobie”, itd. Biorąc pod uwagę, że pod koniec życia czynimy podsumowania, bilans zysków i start, dobrych i złych uczynków, może warto zadbać już dziś o to, by wypadł on pozytywnie? Jaki jest sens w czekaniu na chwilę bezpośrednio „przed” śmiercią, kiedy wówczas już tak niewiele zdoła się zmienić, czasu się nie cofnie, a co najważniejsze biorąc pod uwagę kruchość naszego istnienia, chwila ta może być znacznie bliżej niż się spodziewamy.

            Na koniec warto poruszyć kwestię duchowości w kontekście oswajania śmierci. Nie religii, lecz duchowości właśnie, która znacznie przekracza granice wiary. Duchowości rozumianej jako stosunek do świata, do natury, do ludzi. Wyrażającej się w pytaniach o sens życia, cierpienia, umierania. Czy umierając kończę się jako człowiek? Czy jestem samotną wyspą, czy częścią większej całości: kosmosu, boskiego planu, natury, materii?

            Pomimo całej tajemnicy śmierci, którą zgłębimy prawdopodobnie dopiero podczas jej doświadczania, pozostaje nadzieja.  Dla jednych  będzie to nadzieja na drugie życie, dla drugich nadzieja na inny wymiar życia, być może na życie w innym ciele, a dla niektórych z nas  nadzieja na życie w pamięci innych ludzi. Bez względu na wynik naszych rozważań, to my nadajemy indywidualny sens (kierunek) naszemu życiu i umieraniu. Jedna z pacjentek Marie de Hennezel zapytana przez swojego wnuka: „Powiedź mi, babciu, to ja cię już nie zobaczę, jak sobie pójdziesz?” -odpowiedziała: Ze śmiercią jest tak, jak ze statkiem, który się oddala w stronę horyzontu. Jest taka chwila, kiedy już znika. Ale to, że go nie widać, nie znaczy, że on nie istnieje.”.